Emigracyjne Berlinale 2019

Festiwal Filmowy Berlinale obchodzi w tym roku swoje 69 urodziny. W trakcie 10 dni, od 7 do 17 lutego 2019, można było zobaczyć „tylko” 160 premier, z czego 17 filmów fabularnych w konkursie głównym.

W tym roku polska kinematografia nie wystawiła zbyt wielu reprezentantów naszego kraju, a większość z filmów „polskiego pochodzenia” miała emigracyjne korzenie. Zaczynając od głównego polskiego faworyta w Berlinie „Obywatela Jonesa” – koprodukcji polsko-angielsko-ukraińskiej, w reżyserii Agnieszki Holland. Wyjątkowo trafnie został przetłumaczony anglojęzyczny tytuł tego filmu – „Mr. Jones”, ponieważ Gareth Jones, dziennikarz i doradca rządu Wielkiej Brytanii w latach 30. ubiegłego stulecia, był przykładem prawdziwego obywatela, który wałczył o sloganową sprawiedliwość społeczną. Jako jedynemu dziennikarzowi z Zachodu, udało się mu dotrzeć na Ukrainę i przeżyć Hłodomor czyli Wielki Głód, którym Stalin zamordował około 10 milionów ludzi. Jones po powrocie do Anglii próbował nagłośnić ten fakt na arenie międzynarodowej, ale dla utrzymania dobrych stosunków dyplomatycznych z Rosją, otrzymał polecenie zdementowania przedstawionych informacji. Na konferencji prasowej po premierze filmu, na której najwięcej było dziennikarzy ukraińskich i rosyjskich, Agnieszka Holland pokreśliła, że „nie ma demokracji bez wolnych mediów”. „Obywatel Jones” jest filmem wyjątkowo trafnie dobranym do politycznego charakteru festiwalu Berlinale. Szkoda, że nie doceniono go podczas przyznawania nagród, chociaż został pozytywnie oceniony przez media niemieckie.

Dobrze, że poza tym jednocześnie ponadczasowym i historycznym filmem fabularnym, było jeszcze kilka akcentów polskich na tegorocznym Berlinale. Do sekcji Generation, poświęconej kinu młodego widza, zakwalifikowała się animacja Joli Bańkowskiej pt. „Story” – opowiadająca życie współczesnego człowieka, spędzającego większość czasu przed ekranami rożnych urządzeń elektronicznych. Jola Bańkowska skończyła warszawską Akademię Sztuk Pięknych, ale mieszka na stale w Londynie, „Story” jest jej debiutem filmowym.

Na stałe za granicą mieszka też kolejny twórca polskiego pochodzenia, którego film miał swoją premierę w ramach ciekawej sekcji, jaką są filmy krótkometrażowe tzw. Berlinale Shorts. „All on a Mardi Gras Day” to dokument produkcji amerykańskiej, w reżyserii Michała Pietrzyka i ze zdjęciami Gabriela Bienczyckiego. Jego główny bohater, ciemnoskóry Demond Melancon, cały rok przygotowuje swój kostium na tradycyjną paradę, odbywającą się raz w roku w Nowym Orleanie. Przez ten jedyny dzień w roku Demond, przebrany w barwne pióra niczym wielki ptak, chodzi pokrzykując: „Jestem wielkim szefem, nie mogę przegrać”. Miło było spotkać po premierze filmu na Berlinale świetnie mówiącego po polsku Michała Pietrzyka, który ze swoim ojcem – Zbigniewem Pietrzykiem organizuje Festiwal Polskich Filmów w Seattle.

Wzruszające było spotkanie z publicznością Sofi Bohdanowicz – Kanadyjki, która zrealizowała nieco eksperymentalny film na podstawie listów swojej babci – poetki Zofia Bohdanowiczowej, napisanych do pisarza Józefa Wittlina w latach 50/60. Młoda reżyserka przyznała, że poprzez te listy chciała poznać bliżej swoją nieżyjącą już babcię jako artystkę i kobietę. Sophia nie umie mówić po polsku, ale tuż po premierze filmu wybiera się po raz pierwszy do Warszawy, gdzie urodziła się jej babcia.

Jak widać, wszystkie drogi z Berlina prowadzą do Polski, bo przecież babcią przewodniczącej tegorocznego jury konkursu głównego – Juliette Binoche – była polska aktorka teatralna z Częstochowy Julia Helena Młynarczyk, po której zresztą Juliette odziedziczyła imię i z pewnością pasję aktorską, a może też urodę i talent?

z Berlina Agata Lewandowski

Pomiędzy słowami…pomiędzy krajami

Jakub Gierszał – miedzy Hamburgiem i Toruniem

W 2017 roku Jakub Gierszał jako wyjątkowo zdolny aktor młodego pokolenia zagrał główne role w trzech filmach konkursowych festiwalu filmów fabularnych w Gdyni – w Najlepszym w reżyserii Łukasza Pałkowskiego, Zgodzie w reżyserii Macieja Sobieszczańskiego i Pomiędzy słowami w reżyserii Urszuli Antoniak. W tym ostatnim rola młodego berlińskiego prawnika polskiego pochodzenia została specjalnie dla niego powtórnie w scenariuszu przepisana. I nie stało się to przypadkiem, ponieważ Gierszał z rodzicami mieszkał prawie od urodzenia w Hamburgu. Po jedenastu latach wrócił ze swoją matką do Torunia, ale jego ojciec Marek Gierszał pozostał w Niemczech, gdzie do tej pory pracuje jako reżyser filmowy, teatralny i aktor. Ostatnio Marka Gierszała można zobaczyć na deskach teatru Komödie am Kurfürstendamm w sztuce Jacobowsky und der Oberst. Mówi, że czuje się Polako-Niemcem, kocha oba narody, identyfikuję się z oboma narodami, ale także wstydzi się za oba narody, a dzięki emigracji może spojrzeć z dystansu na polską i niemiecką ojczyznę, i właśnie to spojrzenie wzbogaca go w sensie twórczym. Jakub Gierszał podobnie jak jego ojciec ukończył Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Krakowie. Zadebiutował w 2009 roku grając zbuntowanego rockmana – Kazika, w filmie Wszystko, co kocham w reżyserii Jacka Borcucha. W 2011 wcielił się w rolę Dominika – licealisty z bogatej rodziny, który tragicznie uzależnia się od świata wirtualnego w filmie Sala samobójców. Za tę kreację otrzymał nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego. Rok później przyznano mu na 62. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Berlinale nagrodę Shooting Star European Film Promotion, która ma być oknem na świat dla młodych, utalentowanych aktorów europejskich. W 2013 roku zagrał główne role w dwóch niemieckojęzycznych filmach postać Maximiliana w Mrocznym świecie (Finsterworld) Frauke Finsterwalder oraz Felixa w produkcji Diabeł z trzema złotymi włosami (Der Teufel mit den drei goldenen Haaren) Marii von Heland. Podczas ostatniego festiwalu w Gdyni wizerunek Jakuba Gierszała w najnowszych produkcjach fabularnych takich jak Pokot Agnieszki Holland nie schodził z ekranu kinowego. Pomimo tego nie dostał żadnej nagrody, co podobno wynika ze specyfiki polskiej branży filmowej, w której na nagrodę młody aktor musi sobie kilka lat porządnie zasłużyć. Jakub Gierszał mówi bez akcentu po niemiecku, ale czuje się Polakiem. Podkreśla, że kiedy słyszy słowo „patriotyzm” nasuwa mu się skojarzenie: „polityka” i nabiera podejrzeń. Najważniejszy jest dla niego człowiek, szacunek dla pochodzenia i wolności. Uważa, że w patriotyzmie zawiera się też dbałość o jutro i współpraca. Może właśnie dlatego z chęcią zgodził się na współpracę z Urszulą Antoniak, która wyjechała do Holandii 25 lat temu i podobnie jak on kiedyś za sprawą rodziców wie, co znaczy być emigrantem.

Urszula Antoniak – pomiędzy Amsterdamem i Warszawa

Urszula Antoniak jest absolwentką Wydziału Radia i Telewizji im. Krzysztofa Kieślowskiego Uniwersytetu Śląskiego i holenderskiej akademii filmowej Nederlandse Film en Televisie Academie (NFTA) w Amsterdamie. Co ciekawe na polskich portalach jest określana jako holenderski reżyser, a na zagranicznych jako polski filmowiec. W 2006 roku Holandii zrealizowała komedię imigracyjna Holenderski dla początkujących. Jej artystyczny film Strefa nagości poruszał w bardzo emocjonalny sposób problemy integracji a bardziej jej braku, pomiędzy Holendrami i czarnoskórymi emigrantami. Fabuła w reżyserii Antoniak Nic osobistego zdobyła 5 nagród na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Locarno. Antoniak po tylu latach za granicą „czuje się w domu” w Amsterdamie. W wywiadach tłumaczy polskim odbiorcom, że na emigracji po prostu się żyje, stara się zintegrować, żeby żyć normalnie, a proces emigracyjny to wieloletnia konfrontacja z otoczeniem. Polska to dla niej specyficzny kraj, gdzie wszystko jest fikcją. Antoniak podkreśla, że robi filmy o rzeczach, które zna i dlatego chciała zrealizować Pomiędzy słowami, w którym wróciła do swoich polskiego elementu.

Pomiędzy słowami – miedzy Berlinem a gdzieś w Polsce

28 letni Michael, pracuje jako prawnik w Berlinie, przyjaźni ze swoim szefem 34-letnim Franzem, który zleca mu prowadzenie sprawy emigracyjnej czarnoskórego poety z Afryki. Niespodziewanie odwiedza go ojciec z Polski, z którym nie miał prawie nigdy kontaktu. Michael w tym momencie staje się Polakiem – Michałem i zaczyna mówić po polsku. Przez weekend próbuje przybliżyć się do ojca, odszukać swoja tożsamość, odpowiedzieć sobie kim jest, co w efekcie powoduje jeszcze większe wyobcowanie. Pomiędzy słowami to historia wielopłaszczyznowa, w której główny bohater konfrontuje się z krajem swojego pochodzenia – Polską, sprawdza czy odbierany jest w Niemczech już jako Niemiec, a w lirycznych scenach próbuje dowiedzieć się czy jest akceptowany wśród czarnoskórych emigrantów. Michael jest w środku społeczności emigrantów ale jednocześnie nie możne z niej wyjść i w związku z tym żyje w stanie bycia pomiędzy. Oglądając czarno – białe kadry Berlina widać, że nagrodzony na festiwalu w Gdyni Złotymi Lwami operator Lennert Hillege zakochał się w tym mieście i jego dawnej wizji z Symfonii wielkiego miasta Ruttmanna. Ostatnia scena jest odpowiedzią na poszukiwania poczucia przynależności Michela. Myślę, że większość emigrantów podobnie odnajduje swoje miejsce za granicą tak jak główny bohater Pomiędzy słowami. Dlatego, też najnowszy film Antoniak nie do końca bywa rozumiany przez Polaków z Polski, którym takie problemy są obce. Niestety często się zdarza, że polscy twórcy z zagranicy nie mogą się przebić do stricte polskiej widowni, a także zdobyć uznania grona polskich filmowców dopóki nie zostaną uznani na świecie. Tymczasem film Antoniak został już doceniony na innym kontynencie i zdobył nagrodę Złotego Kangura przyznawaną przez australijskich dystrybutorów kinowych. Pomiędzy słowami to stricte autorski, bardzo osobisty film Urszuli Antoniak jako reżyserki i autorki scenariusza. W trakcie konferencji prasowej na festiwalu w Gdyni Antoniak podkreślała przy tym, że nie jest to film polityczny. Parze odtwórców głównych ról – syna i ojca – Jakubowi Gierszałowi i Andrzejowi Chyrze towarzyszy na ekranie oryginalna i charakterystyczna osobowościowo Justyna Wasilewska oraz niemiecki aktor Christian Löber. Producentem „Pomiędzy słowami” jest Opus Film, firma odpowiedzialna między innymi za produkcję „Idy” Pawła Pawlikowskiego.

Jako berlińska warszawianka od prawie 30 lat, polecam serdecznie obejrzenie Pomiędzy słowami wszystkim niemieckim, a szczególnie berlińskim Polakom czy też polskim Niemcom, bez względu na to kto jak siebie określa. Widzom niemieckojęzycznym proponuje także obejrzenie tego bardzo berlińskiego filmu, żeby mogli zobaczyć nasze szczere przywiązanie do miast, w których razem z nimi jako emigranci żyjemy.

Agata Lewandowski

Beyond Words – Zwischen den Worten … zwischen den Ländern

Jakub Gierszał – zwischen Hamburg und Toruń

2017 spielte der außergewöhnlich talentierte junge Schauspieler Jakub Gierszał Hauptrollen in drei Filmen, die an Filmwettbewerb in Gdynia teilgenommen haben – in Najlepszy (Der Beste) in Regie von Łukasz Pałkowski, Zgoda  (Frieden) in Regie von  Maciej Sobieszczański und  Pomiędzy słowami (Beyond Words) in Regie von Urszula Antoniak. In dem Letztgenannten wurde die Rolle eines jungen Rechtsanwalts polnischer Herkunft für ihn umgeschrieben. Es war kein Zufall,  da Gierszał mit seinen Eltern fast von der Geburt an in Hamburg  lebte. Nach elf Jahren kam er mit seiner Mutter nach Toruń zurück, sein Vater Marek Gierszał blieb in Deutschland, wo er bis heute als Film- und Theaterregisseur und Schauspieler arbeitet. Zuletzt konnte man Marek Gierszał auf den Brettern des Theaters Komödie am Kurfürstendamm in dem Stück  Jacobowsky und der Oberst sehen.  Er sagt, dass er sich gleichzeitig als Pole und als Deutscher fühlt, er liebt beide Völker und identifiziert sich mit ihnen. Allerdings schämt er sich auch für beide Völker, die Emigration ermöglicht ihm eine gewisse Distanz bei der Betrachtung sowohl der polnischen als auch der deutschen Heimat und trägt dadurch zu seiner künstlerischen Vielfältigkeit bei. Jakub Gierszał absolvierte genauso wie sein Vater die Staatliche Theaterhochschule in Kraków. Er debütierte als Schauspieler 2009 in der Rolle des Rebellen und Rockers Kazik im Film Wszystko, co kocham (Alles, was ich liebe) in Regie von  Jacek Borcuch.  W 2011 verkörperte er Dominik – einen Oberschüler, der im Film Sala samobójców (Saal der Selbstmörder) in eine tragische Abhängigkeit von der virtuellen Welt gerät. Für diese Rolle erhielt er den Zbyszek Cybulski Preis für junge Schauspieler. Ein Jahr darauf erhielt er während des 62. Internationalen Filmfestivals in Berlin die als Fenster zur Welt für junge, talentierte europäische Schauspieler geltende Auszeichnung „Shooting Star European Film Promotion“. 2013 spielte er zwei Hauptrollen in deutschsprachigen Filmen – den Maximilian in „Finsterworld“ von Frauke Finsterwalder  und den Felix in der Produktion „Der Teufel mit den drei goldenen Haaren“ von Maria von Heland.  Auf dem letzten Filmfestivals in Gdynia konnte man das Gesicht von Gierszał immer wieder in den neusten Kinoproduktionen, so z. B. in Pokot (Die Sput) von Angieszka Holland auf der Leinwand sehen. Diese Tatsache änderte nichts daran, dass er keine Auszeichnung erhielt, was höchstwahrscheinlich mit der Spezifik der polnischen Filmbranche zusammenhängt, in der ein junger Schauspieler sich einige Jahre lang behaupten muss.  Zwar spricht Jakub Gierszał ein akzentfreies Deutsch, dennoch fühlt er sich als ein Pole. Er betont wiederholt, dass der Klang des Wortes „Patriotismus“ bei ihm automatisch eine Assoziation mit der „Politik“ hervorruft und ihn misstrauisch macht.   Für ihn steht der Mensch sowie Respekt für seine Herkunft und Freiheit im Mittelpunkt. Er glaubt, dass der Begriff „Patriotismus“ auch die Sorge um die Zukunft und Zusammenarbeit beinhaltet. Wahrscheinlich aus diesem Grund ließ er sich gern auf die Zusammenarbeit mit Urszula Antoniak, die vor 25 Jahren nach Holland emigrierte und genauso wie er dank seinen Eltern erfahren hat, was es bedeutet, in der Fremde zu leben, ein.

Urszula Antoniak – zwischen Amsterdam und Warszawa

Urszula Antoniak  absolvierte die Krzysztof-Kieślowski-Fakultät für Radio und Fernsehen an der Uniwersytet  Sląski (Schlesische Universität in Kattowitz)  und die holländische Nederlandse Film en Televisie Academie (NFTA) in Amsterdam. Interessant ist die Tatsache, dass sie in den polnischen Medien als eine holländische Regisseurin und im Ausland als polnische Regisseurin fungiert. 2006 realisierte sie in Holland eine Komödie über das Emigrantenmilieu  Holländisch für Anfänger. Ihr Kunstfilm Nude Area erzählt auf eine sehr emotionale Art und Weise von den Problemen der (kaum stattfindenden) Integration zwischen Holländern und den dunkelhäutigen Migranten.  Ein weiterer Film in Regie von Antoniak – Nothing Personal gewann fünf Preise in dem Internationalen Filmfestival in Locarno. Antoniak fühlt sich nach langen Jahren der Emigration in Amsterdam zu Hause. In Interviews erklärt sie dem polnischen Publikum, dass man in der Fremde einfach lebt und versucht, sich zu integrieren, um normal leben zu können. Der Prozess, den jeder Emigrant durchläuft, bedeutet eine langjährige Konfrontation mit der Umgebung. Polen ist für die ein besonderes Land, in dem alles fiktiv ist. Antoniak betont, dass ihre Filme von Sachen erzählen, die sie kennt. Deswegen wollte sie Beyond Words realisieren – ein Werk, in dem sie auf ihr polnisches Element zurückkam.

Beyond Words

Zwischen den Worten – zwischen Berlin und irgendwo in Polen

Der 28-jährige Michael arbeitet als Anwalt in Berlin und ist mit seinem Chef, dem 34-jährigen Franz befreundet.  Der beauftragt Michael mit der ausländerrechtlichen Angelegenheit eines dunkelhäutigen Poeten aus Afrika. Ganz unerwartet bekommt Michael einen Besuch seines Vaters aus Polen, zu dem er kaum Kontakt hatte.  Michael verwandelt sich durch diese Begegnung in einen Polen – er wird zu Michał und fängt an, Polnisch zu sprechen. Während des gemeinsamen Wochenendes versucht er, seinem Vater näher zu kommen sowie die eigene  Identität und eine Antwort auf die Frage, wer er ist, zu finden. Das Resultat dieser Suche ist ein verstärkt empfundenes Gefühl der Entfremdung. Beyond Words spielt sich auf mehreren Ebenen ab, die Hauptfigur wird mit dem Land seiner Herkunft – Polen konfrontiert. Darüber hinaus versucht Michael herauszufinden, in wie weit er in Deutschland als ein Deutscher wahrgenommen und akzeptiert wird. In den lyrischen Filmsequenzen versucht er herauszufinden, ob er von den dunkelhäutigen Emigranten akzeptiert wird. Michael befindet sich inmitten von Emigranten und findet gleichzeitig keinen Weg, um dieses Milieu zu verlassen – er ist in der Schwebe.

Beim Betrachten der schwarz-weißen Aufnahmen Berlins weiß man sofort, dass der mit dem Goldenen Löwen des Filmfestivals in Gdynia ausgezeichnete Kameramann Lennert Hillege dieser Stadt und ihrer früheren Vision aus Der Sinfonie der Großstadt von Ruttmann verfallen ist. Die letzte Szene liefert die Antwort auf Michaels Suche nach dem Zugehörigkeitsgefühl. Ich glaube, dass die Mehrheit der Emigranten ihren Platz in der Fremde auf dieselbe Art findet wie er. Der Film von Antoniak wird von den Zuschauern in Polen nicht ganz verstanden – diese Problematik ist ihnen fremd. Leider passiert es häufig, dass die polnischen Künstler aus dem Ausland das polnische Publikum nicht erreichen und Anerkennung ihrer polnischen Filmkollegen nicht genießen können,  solange sie in der Welt nicht anerkannt werden. Währenddessen wurde der Film von Antoniak bereits auf einem anderen Kontinent ausgezeichnet, er erhielt das Goldene Känguru, den Preis des australischen Filmvertriebs. Beyond Words ist ein Autorenfilm, ein sehr persönlicher Film von Urszula Antoniak als Regisseurin und Drehbuchautorin. Während der Presskonferenz des Filmfestivals in Gdynia betonte Antoniak, dass der Film keinesfalls politisch ist. Die Hauptfiguren des Films – Sohn und Vater – Jakub Gierszał  und   Andrzej Chyra werden von der originellen und charakteristischen Persönlichkeit von Justyna Wasilewska und dem deutschen Schauspieler Christian Löber begleitet. Der Opus Film, eine Firma, die u. a. durch die Produktion von „Ida“ von Paweł Pawlikowski  bekannt wurde, hat den Film produziert. Als jemand, der aus Warschau vor 30 Jahren nach Berlin kam, empfehle ich allen deutschen, insbesondere berliner Zuschauern den Film Beyond Words – ohne Rücksicht darauf, wie man sich selbst bezeichnet. Den deutschsprachingen Zuschauern empfehle ich den Film wegen seines berliner Charakters. Sie sollen sehen, wie tief wir  – Emigranten, die hier leben – uns der Stadt verbunden fühlen.

Agata Lewandowski

Joseph Conrad czy Józef Konrad Korzeniowski?

„Józef Teodor Konrad Korzeniowski (Joseph Conrad), urodził się 3 grudnia 1857 roku w Berdyczowie (obecnie Ukraina), zmarł 3 sierpnia 1924 w Oswalds, pod Canterbury, w południowo-wschodniej Anglii”. Tyle możemy dowiedzieć się z encyklopedii o pisarzu, który często określany jest jako „polski szlachcic – brytyjski pisarz i żeglarz”. Profesor Zdzisław Najder – znany polski conradzista – twierdzi, że ostatnio obserwujemy „odpływ” zainteresowania twórczością Conrada. Są jednak miejsca i ludzie, którzy od lat fascynują się twórczością tego „znanego – nieznanego” Polaka trzech kultur, tak jak na przykład Piotr Fudakowski czy członkowie Joseph Conrad Society – Towarzystwa Conradowskiego, które ma swoja główną siedzibę w Londynie, a filie w Ameryce, Australii, Kanadzie, Francji, Włoszech, Polsce, Hiszpanii, Skandynawii, Japonii i Afryce Południowej.

Conradowska filmografia

Pytałam przedstawicieli młodego pokolenia Polaków w kraju i za granicą, czy kiedyś słyszeli o Josephie Conradzie, niestety w większości nie mieli o nim pojęcia. Dopiero kiedy dopytywałam się dodatkowo, czy znają film Czas apokalipsy w reżyserii Francisa Forda Coppoli, zaczynałam wzbudzać ich zainteresowanie, mówiąc, że powstał na podstawie opowiadania Jądro ciemności. Kiedy dodawałam, że Hitchcock w ‘36 roku nakręcił kryminał na podstawie Tajnego agenta, Ridley Scott w ‘77 roku Pojedynek na podstawie opowiadania Conrada, a tytułowy Nostromo z filmu Obcy – ósmy pasażer został zaczerpnięty też z twórczości Korzeniowskiego, zarówno młodsi, jak i starsi widzowie zaczęli doceniać tego „znanego – nieznanego” pisarza. Mało kto wie, że na podstawie utworów Conrada nakręcono ponad 70 filmów.

Tajemniczy sojusznik Fudakowskiego

Ostatnią adaptacją zrealizowaną na podstawie twórczości Conrada jest Tajemniczy sojusznik w reżyserii Piotra Fudakowskiego – producenta filmowego i reżysera, urodzonego w Londynie w polskiej rodzinie, laureata Oscara w 2006 za film Tsotsi. Fudakowski jako „brytyjski Polak” na swój debiut reżyserski wybrał właśnie opowiadanie Josepha Conrada.

Tajemniczy sojusznik (Secret Sharer) to współczesna, a jednocześnie ponadczasowa, czasem wręcz bajkowa historia dojrzewania młodego mężczyzny, opowiedziana z dużym poczuciem humoru. Na dalekim Morzu Południowochińskim polski kapitan po raz pierwszy dowodzi statkiem, przerdzewiałym chińskim frachtowcem. Załoga jest wrogo nastawiona, podejrzewa go o udział w spisku armatora, mającym na celu zatopienie ich pływającego domu. Gdy młody kapitan zostaje na chwile sam na pokładzie, zauważa unoszące się na wodzie koło statku nagie ciało. Piękna Chinka prosi „ukryj mnie”… Fudakowski wplótł w tę historię elementy autobiograficzne Józefa Korzeniowskiego, dlatego słyszymy jako motyw przewodni fragmenty Kołysanki leśnej (Dziś do Ciebie przyjść nie mogę), a główny bohater kilka razy machinalnie wtrąca polskie słowa. Tajemniczy sojusznik Piotra Fudakowskiego to malownicza i romantyczna historia, którą w ramach obchodów ogłoszonego w 2017 przez Sejm RP Roku Conrada mogą zobaczyć widzowie na całym świecie.

W 1976 roku Andrzej Wajda zrealizował podobną marynistyczna fabułę na podstawie prozy Conrada – Smugę cienia z Markiem Kondratem w roli głównej i z muzyką Wojciecha Kilara. Wajda nie był zadowolony z tego filmu. Trudno się dziwić, ponieważ wszyscy reżyserzy, którzy podejmują się ekranizacji prozy Conrada, podkreślają, że nie zdawali sobie sprawy, jak trudne to jest zadanie. Kinomani jednak do tej pory uważają Smugę cienia za film interesujący i godny polecenia.

Korzeniowski trzech kultur

Podobno Joseph Conrad Korzeniowski to najbardziej brytyjski z polskich pisarzy i najbardziej polski z brytyjskich? Niestety za granicą najczęściej jest on postrzegany jako twórca angielski, ponieważ pisał po angielsku i wywarł duży wpływ na kulturę anglosaską. Zafascynowani jego twórczością byli tacy światowi pisarze jak Marquez, Coetzee czy Faulkner. Lord Jim był kultową książką żołnierzy AK i podobno Piłsudski miał ją też na swoim stoliku nocnym. Tymczasem okazuje się, że angielski był dla Conrada dopiero trzecim językiem po polskim i francuskim i mówił nim do końca życia z wyraźnym akcentem. Angielskiego jako emigrant nauczył się praktycznie po dwudziestce. Pomimo tego pisał właśnie w tym języku. Istnieje teoria, że poezję w języku kraju emigracji może tworzyć dopiero druga generacja emigrantów. Czy Conrad zdawał sobie już wtedy sprawę, ze pisząc po angielsku będzie miał o wiele większe szanse stać się twórcą światowym? Do końca życia uważał się za Polaka, mimo lat spędzonych w Wielkiej Brytanii. Jego ostatnią wolą było, aby na nagrobku w w Oswalds pod Canterbury jego imię i nazwisko napisane było po polsku.
Agata Lewandowski

Kino KULTURA poleca (ja też)!

JAK BÓG DA

Lekka włoska komedyjka! Starsze panie w tylnych rzędach bawiły się świetnie, było kilka szczególnie fajnych dialogów i śmiesznych scen, ale wyszłam nieco zasmucona, bo ogólnie nie poczułam katharsis. Może i nie powinnam. W każdym razie wybrać się warto – na polepszenie humoru, w towarzystwie i wierzących, i ateistów ;)  Dobre na rozerwanie się, odprężenie i zaobserwowanie, jak główny bohater – niewierzący chirurg – zaczyna dostrzegać innych ludzi i być momentami człowiekiem bezinteresownym. To już jakieś osiągnięcie. No i kilka wspaniałych komicznych scen księdza luzaka. ;)

LO I STAŁO SIĘ

Werner Herzog śledzi historię Internetu. Podobno na projekcji jednego z festiwali w Polsce, na którym był wyświetlane, zdania się całkowicie podzieliły. Ja nie byłam pewna, do której grupy bym należała. Zwyczajnie dlatego, że widzę potęgę tego dokumentu, ale zdaję sobie też sprawę, że o każdym z działów można by było stworzyć oddzielne, pełnometrażowe filmy. I fabularne, i dokumentalne. Stąd czułam lekki niedosyt… ale może to było właśnie zamysłem mistrza? By dać do myślenia?

W dużym skrócie. Roboty, które bez sterowania grają w piłkę nożną i testują swoje stawy. Zaznaczenie anonimowości w Internecie (kiedy byłaby szczytem marzeń, a kiedy prowadzi do przestępstwa), bezduszności i wrogości ludzi wobec siebie. Wywiad z mistrzem hakerów!!! Dające do myślenia historie ludzi, którzy cierpią na schorzenie polegające na nietolerancji fal radiowych – żyją w zupełnej izolacji, w miejscu, gdzie nie działa żadna technika. Rzeczowe wypowiedzi naukowców o słońcu i o tym, czym nam grozi, o innych planetach, przyszłości świata (bądź jej braku – jak kto woli), sztucznej inteligencji, tweetowaniu myśli (rozwinięta telepatia?), a to wszystko ukoronowane mistrzowskim zdaniem jednego z najwybitniejszych badaczy kosmosu: „nie przewiduję przyszłości bliższej niż XYZ miliardów lat, bo byłoby mi wstyd, gdybym się pomylił, a tak to już nikt nie będzie tego pamiętał”.

PS Tytułowe LO nawiązuje do… powstania pierwszego komputera. Film zawiera wiele ciekawostek, o których tacy przeciętni jego znawcy jak ja nie mają pojęcia. Więc polecam.

O MATKO, GDZIE TO JEST?!

 

Poszło o to, że miałam zrobić materiał newsowy o dożynkach. Sprawa niby oczywista, ale do Muzeum Etnograficznego wybrać się musiałam – nagrać etnografa, który by mi powiedział, co i jak.

Jako że jestem „medium”, to już nie mogę rozmawiać bezpośrednio z pracownikami, ale tuż po przedstawieniu się jestem zawsze kierowana do rzecznika prasowego. Tak było i tym razem. Telefon odebrała Anahita Rezaei. Nazwisko zabrzmiało znajomo, ale w pierwszej chwili pomyślałam, że chodzi o to, że jest niezwykle melodyjne i tak mi po prostu wpadło w ucho.

Spojrzałam na sprawę nieco inaczej, gdy następnego dnia podałyśmy sobie z Anahitą rękę na powitanie i nagle ona mówi: „Ale ja cię skądś znam!”. Zajęło mi chwilę uzmysłowienie sobie, skąd się możemy znać, skąd ja znam (jednak!) jej nazwisko i dlaczego ta dziewczyna tak dobrze mi się kojarzy.

No i w końcu mnie olśniło.

Prawie rok temu stałyśmy razem na scenie na III Festiwalu Filmów Emigracyjnych EMIGRA, a ja wypytywałam ją o to, czemu stworzyła film „O matko, gdzie to jest?!”. Film przezabawny i lekki o Iranie i o tym, jak Irańczycy są postrzegani w Polsce, o tym, co o nich wiemy i o tym, jak pobyt w Iranie wspominają ci, którzy tam pojechali. A to wszystko zostało przeplecione fragmentami tamtejszych skeczy i kabaretów.

Nie sposób się znudzić, nie sposób się nie zafascynować tamtym krajem. A przy okazji można się zastanowić, ile wiemy o Iranie. (Czyli tak naprawdę  – prawie nic ;) ).

MIĘDZY ŚWIATAMI

Dawno już nie miałam takiego problemu z napisaniem chociażby kilku słów o filmie.

Biel. Dużo bieli. Bezbrzeżne śniegi bieguna północnego. Melodia. Nucenie melodii z zaświatów. Dzwoneczki. Śpiew Inuitów. Bębny. Dzieci. Zwykłe dzieci, jak każde inne, tak samo żywiołowe, uśmiechnięte, garnące się do dorosłego. Mężczyzna. Młody mężczyzna. Szukający swojego miejsca na ziemi. Szukający miejsca, w którym byłby potrzebny. Młody mężczyzna z koloradką. Młoda matka z dzieckiem przy piersi. Młoda matka z dzieckiem przy piersi z płaczem opowiadająca o tym, że głosy kazały jej się zabić, bo jest bezwartościowa, jej istnienie nie ma sensu, a wszystkim będzie lepiej, gdy jej nie będzie.

Na północy Kanady coraz więcej samobójstw. A że nie rosną tam drzewa – niejednokrotnie wieszają się w szafach.

„Dzisiaj mają wszystko zapewnione. Ale po co wtedy żyć, jak ja wszystko za darmo dostanę?”

Wszyscy twierdzili, że to smutny film, Agata Lewandowski – że dający nadzieję. Długo z nią rozmawiałam, by zrozumieć, czemu tak uważa. Wtedy obejrzałam go jeszcze raz. I dostrzegłam coś jeszcze oprócz samobójstw, którym jest poświęcony.

Film Katarzyny Dąbkowskiej to film o samobójstwach, ale też – albo raczej przede wszystkim – o tym, co kieruje tymi ludźmi. Nie wiadomo ostatecznie, co dokładnie. Słyszą głosy, które mówią im, że powinni się zabić. Bo nie mają po co żyć. Szukają sensu. Kiedyś musieli polować (gdyby ktoś chciał zobaczyć, jak ksiądz Polak misjonarz odziera ze skóry i patroszy renifera, to śmiało – niezapomniane wrażenie). Dziś nie mieszkają w igloo, dziś mają supermarkety i wiodą statyczne życie. Bez celu. (Powinnam tu postawić kropkę, znak pytania czy wielokropek?).

To też film o misjonarzu – młodym człowieku – który szukał swojego miejsca na ziemi. I znalazł je najwidoczniej właśnie tam – wśród Inuitów. Postanowił opiekować się tymi ludźmi, szczególnie dziećmi, dawać im poczucie sensu, wzbogacać duchowo, być przyjacielem. Tworzy dla najmłodszych świetlicę, spędza z nimi czas, kształci i uczy.  I stara się wykonywać swoją pracę jak najlepiej. Jak każdy – najwyraźniej też szukał sensu w tym wszystkim. A opiekowanie się innymi na pewno jest jakimś rozwiązaniem.

POKOLENIE PLT albo „bo Ela nie jest z Polski”

Co to znaczy być Polakiem na Litwie? Kim jest Polak? Kto nim jest?

Czy ten, kto mówi po polsku? Czy ten, kto nosi polskie (najlepiej szlacheckie!) nazwisko?

„Pokolenie PLT” stawia te pytania już w pierwszej minucie filmu. Jest to film o tych, którzy te pytania zadają, głównie sobie samym. Film o tym, że młodzi ludzie muszę też sami sobie na nie odpowiedzieć.

Kim jestem?

Jak to jest, że chłopak mówi po rosyjsku „jestem Polakiem”, a dziewczyna – po polsku, z wileńskim akcentem – „jestem Litwinką”? Czyli kim właściwie? Co to dla nich znaczy? Czy można być i Polakiem, i Litwinem? Czy „spowiedzi” bohaterów można zakwestionować, bo przecież Polak nie może mówić najlepiej po rosyjsku, a Litwinka po polsku? Czy wypada to zrobić?

Kim jest pokolenie młodych Polaków w Wilnie? Na to pytanie odpowiada już tytuł: jest to pokolenie PLT. Są to młodzi ludzie, dla których przeplot języków i kultur jest naturalny i nie stanowi bariery ani kulturowej, ani religijnej, ani językowej. A mowa i o litewskim, i o rosyjskim, i o polskim języku. O języku, który – jak mówią sami bohaterowie – w Wilnie się zatrzymał.

Określenia przynależności narodowej są za ciasne dla nas – ludzi Kresów. Płatamy figle badaczom, mówimy mieszanką, nazywamy siebie Polakami, choć w Polsce się nie urodziliśmy.

Zawsze zastanawiało mnie to, że po wielu latach znajomości niektórzy ludzie wciąż mówią o mnie „Ukrainka”. Zastanawiało, bo zmusiło do przeanalizowania tego, co znaczy być Polakiem dla mnie, a co – dla Polaków w Kraju.

Na razie wniosek mam następujący: dla Polaków na Kresach to mówienie po polsku, utrzymywanie polskich tradycji, wiara katolicka, znajomość historii Polski, a zwłaszcza terenów przygranicznych. Dla Polaków w Kraju bycie Polakiem to urodzenie się w Polsce i posiadanie polskiego paszportu.

Tu nikt nie neguje polskości dzieci, które nie wiedzą, w którym roku sąsiedzi trzykrotnie rozdarli ten kraj. Tu nikt nie neguje polskości obcokrajowców, którzy pokazują w sklepie krajowy dowód osobisty. Tu nikt nie neguje polskości urzędników, którzy „odżucają” wniosek.

A my się musimy pilnować. Bo „nie jesteśmy z Polski”.

***

Pewnego razu, gdy byłam jeszcze na pierwszym roku studiów, złapało mnie jakieś choróbsko. Od lekarza wyszłam z receptą w ręku. Problem w tym, że do refundacji leków potrzebny jest numer PESEL, a ja jeszcze wtedy takowego nie posiadałam. Mówię więc pani  w białym fartuchu, że mam tylko sztuczny numer, wygenerowany przez uczelnię, bo ten, który miałam we Lwowie, wygląda zupełnie inaczej. Pani w okienku spojrzała na mnie uważnie i zawołała: „Ale… przecież Litwa jest w Unii Europejskiej!”.

Nie pozostało mi nic innego, jak tylko przyznać jej rację.

DZIECI EMIGRACJI

Pamiętam, że pani Agata Lewandowski – reżyser filmu „Dzieci emigracji” – zapowiadała w Wilnie ten film słowami „zobaczcie, czym różnią się młodzi Polacy w Berlinie od młodych Polaków z kresów. A może niczym się nie różnią?”.

To było bardzo dobre pytanie. I choć wiedziałam, że było również naprowadzające, to gdzieś w głębi nie byłam przygotowana na to, by przyznać pani Agacie rację. Bo co taka ja – odwiedzająca we Lwowie rodzinne groby cztery pokolenia wstecz – mogę mieć wspólnego z dziećmi Polaków, którzy wyemigrowali do Berlina?

A jednak po projekcji musiałam pani reżyser rację przyznać.

Z bohaterami łączy mnie przede wszystkim wierność miastom, w których się wychowaliśmy. Czujemy się – jesteśmy! – jego pełnoprawnymi mieszkańcami, dziećmi Berlina, Lwowa czy Wilna. Tego też nam nikt nie odbierze, z tym się zgodzą i dobrze będą czuli wszyscy, a przede wszystkim my sami.

Moja Mama – urodzona we Lwowie, ale w Związku Radzieckim – stwierdziła, że bohaterowie filmu i ja to dwie różne sytuacje. Łączy nas to, że wszyscy poznawaliśmy polskie tradycje, polski język i kulturę poza granicami kraju, ale my – dzieci kresów – dorastamy na ziemi naszych przodków, podczas gdy dzieci emigracji – na ziemi obcej. Poczułam się zazdrosna o kolegów z Berlina (bo pomyślałam, że mają lepiej, zwłaszcza że mojej rodzicielce bardzo przypadli do gustu), jednak Mama wyprowadziła mnie z błędu. Jej zdaniem dzieci emigrantów miały dużo bardziej utrudniony kontakt z polskością, nie była ona tak wszechobecna i wszechotulająca jak np. we Lwowie. I muszę przyznać, że to, co mówi, ma ogromny sen.

W filmie padają kluczowe słowa o tym, czym jest dla nas zagranica. Bo to ani Polska, ani kraj, w którym się wychowaliśmy czy mieszkamy. Zagranica to cały świat poza. (To dość istotne, szczególnie gdy chodzi o granicę polsko-ukraińską. Dla mnie zawsze była niepotrzebną przeszkodą w poruszaniu się po „swoim”, „oswojonym”. Potęgowali to również patrzący spode łba wopiści, których zawsze niezwykle interesuje cel mojej podróży do Polski. Dlaczego, skoro jadę do siebie?).

Ten film szczególnie polecam wszystkim młodym – choć również starszym – którym przyszło urodzić się i żyć poza Ojczyzną Rodziców. Po to, by poczuć więź z tymi, którzy przeżywają podobne kłopoty i rozdarcia. A zatrzymanym w romantyzmie czy pozytywizmie kresom pozwoli on poznać stanowisko, w którym Polska to nie tylko „szklane domy”, lecz także przestrzeń, o którą można dbać i którą można chcieć zmieniać. Na lepsze, rzecz jasna.

Lubuskie Lato Filmowe – najstarszy festiwal filmowy w Polsce!

Mało kto dziś pamięta, że pierwszy festiwal filmowy w Łagowie w 1969 roku, był kiedyś jedynym ogólnopolskim festiwalem filmów krajowych. Dopiero w 1974 rozpoczął swoją działalność festiwal w Gdańsku, a potem Gdyni. Od 1990 roku Łagów stał się festiwalem międzynarodowym, nastawionym na prezentację kina krajów postkomunistycznych, czyli kinematografii krajów Europy Środkowej i Wschodniej. W Łagowie można zobaczyć do tej pory ciekawe produkcje filmowe – czeskie, słowackie, litewskie, łotewskie, węgierskie i ukraińskie.

Lubuskie Lato Filmowe prowadzi również od wielu lat intensywną współpracę z kinematografią niemiecką, co ułatwia bliskość o 140 kilometrów oddalonego Berlina. Festiwal w Łagowie stał się inspiracją dla swych zagranicznych następców – festiwalu w Cottbus oraz w Těrlicach na czeskim Zaolziu. W tym roku festiwal w Łagowie obchodził swoje 45 urodziny, dzięki intensywnemu wsparciu Klubu Kultury Filmowej z Zielonej Góry i Polskiej Federacji DKF, a także uporowi jego wieloletniego dyrektora Andrzeja Kawali.

Łagów is magic!

Co roku na przełomie czerwca i lipca Łagów przyciąga do siebie wielu gości – nie tylko ze względu na film, a także na magię tego wyjątkowego miasteczka, położonego wśród jezior, nad którym panuje zamek Joannitów z XIV wieku. Podobno w Łagowie jest najłagodniejszy klimat w Polsce, a do tego tutejsze powietrze ma właściwości lecznicze. Łagów jest niezwykłym miejscem na mapie Polski i kto go raz odwiedził, chętnie wraca miasteczka, które ma coś z atmosfery Kazimierza nad Wisłą, chociaż nie jest do niego podobne.

Poniemiecki Łagów ma swoich wybitnych mieszkańców. Jednym z nich był urodzony tu 30 października 1895 Gerhard Domagk – laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizjologii i medycyny.

W „centrum miasta” znajduje się ośrodek wypoczynkowy „Defka”, który przed wojną nosił nazwę „Am see”, a dziś można tu zjeść najlepsze pierogi na kresach zachodnich Polski. Od 1930 roku dom ten był własnością wielokrotnego mistrza świata w zapasach Leona Pineckiego, którego rozpiętość ramion wynosiła prawie dwa i pół metra przy wzroście 203 cm i wadze 140 kg. Co ciekawe, jako pruski poddany, podkreślał na ringu zawsze swoją polskość występując w koszulce z białym orłem na piersi.

Łagów już przed wojną był lubianą przez berlińczyków miejscowością wypoczynkową i pozostał nią do tej pory. Wielu berlińskich Polaków tak się nim zachwyciło, że kupiło tutaj swoje domy i tak powstała nieoficjalna kolonia polsko-berlińska w Łagowie.

45 Lubuskie Lato Filmowe – Łagów 2016

Podczas festiwalu w Łagowie możemy co roku obejrzeć prawie 200 filmów – począwszy od międzynarodowych kinowych hitów, a kończąc na etiudach studentów szkół filmowych. Możemy tutaj spotkać i porozmawiać bez dystansu czerwonego dywanu z wybitnymi  polskimi filmowcami, którzy od lat z wielkim sentymentem odwiedzają to miasteczko.

W tym roku jury konkursu głównego w składzie: Andrzej Seweryn – przewodniczący, Jerzy Armata, Jan Jakub Kolski, Piotr Kotowski, Janusz Zaorski przyznało następujące nagrody: nagrodę organizatorów im. Juliusza Burskiego filmowi „Czyściciel / The Cleaner / Čistič” w reżyserii Petera Babjaka; Brązowe Grono – filmowi „Moje córki krowy” w reżyserii Kingi Dębskiej, Srebrne Grono – filmowi „Intruz” w reżyserii Magnusa von Horna, Złote Grono – filmowi „Ja, Olga Hepnarova” w reżyserii Tomasa Weinreba i Petra Kazdy.

Projekcje podczas festiwalu w Łagowie odbywają się w kilku miejscach – począwszy od kameralnej salki w Bibliotece Publicznej, aż do amfiteatru z miejscami na kilkaset osób. W tym właśnie amfiteatrze można było obejrzeć hity kina światowego, siedząc otulonym w koce wśród szumu drzew, co pozostawia niezapomniane wspomnienia. Jednym z filmów, który publiczność obejrzała z wielką uwagą do końca, pomimo rześkości czerwcowych nocy był „Syn Szawła” w reżyserii László Nemes, który otrzymał Oscara w 2016 – jako najlepszy film nieanglojęzyczny, Złote Globy 2016 – jako najlepszy film zagraniczny oraz w trzy nagrody w Cannes 2015.

Temat filmu jest trudny, ponieważ członek Sonderkommando z Auschwitz stara się za wszelką cenę, na przekór obozowy realiom, z godnością pochować chłopca, w którym widzi swego syna. Sposób prowadzenia kamery za plecami bohatera poprzez ciasne kadry, powoduje, że oglądamy ten filmy przez cały czas na tzw. wdechu. Ale głównym celem Lubuskiego Lata Filmowego jest pokazanie smaków filmowych, których nie spotykamy zbyt często, a które warto spróbować.

Takim filmem jest czesko-słowacka fabuła „Opieka domowa” w reżyserii Slavka Horaka. Ten „ciepły dramat”, z typowym czeskim humorem i dystansem, pokazuje trudne historie zwykłych ludzi zmagających się na co dzień z życiem. I chociaż to zdanie nie brzmi interesująco, warto zobaczyć, jak Czesi potrafią pokazać właśnie takie nudne, normalne życie. Wartością dodaną filmu jest wiarygodność scenariusza, napisanego na podstawie historii własnej rodziny reżysera, która specjalnie na pokaz filmu przyjechała do Łagowa i okazało się, że ich wzajemna filmowa serdeczność jest zupełnie naturalna i prawdziwa.

Filmy PL-DE

Ze względu na bliskość Berlina, festiwal w Łagowie zawsze utrzymywał bliskie kontakty z Akademią Filmu i Telewizji w Berlinie (Deutsche Film- und Fernsehakademie Berlin ) oraz Wyższą Szkołą Filmu i Telewizji „Konrada Wolfa” (Filmuniversität Babelsberg Konrad Wolf ). Jednym z filmów prezentowanych przez szkołę Konrada Wolfa było „Prawdziwe życie” w reżyserii Roberta Hebera. Ten film to historia „zakazanej” miłości dwojga młodych ludzi, mieszkających w wiosce na niemiecko-czeskiej granicy. Po projekcji filmu Robert Heber długo odpowiadał na pytania widzów, których wzruszyły losy młodej pary, pragnącej być rodziną, pomimo wszędzie napotykanych trudności. W dyskusji wzięła również udział Ludmiła Korb-Mann – montażystka polskiego pochodzenia, od wielu lat mieszkająca w Berlinie. Ludmiła Korb-Mann pracowała przy montażu wielu filmów, związanych z tematyką polsko-niemiecką, między innymi wyreżyserowanych przez Michała Majerskiego – „Kołacz na drogę”, „Dam mojego ojca” czy „Oberschlesien, here ist where we meet”, nagrodzony Erasmus European Media Award.

Innym interesującym filmem o tematyce polsko-niemieckiej była fabuła „Letnie przesilenie” w reżyserii Michała Rogalskiego, która otrzymała nagrodę za najlepszy scenariusz na Montreal World Film Festival, nagrodę główną w konkursie scenariuszowym Hartley-Merill oraz wiele nagród na festiwalu w Gdyni. „Letnie przesilenie” to historia nastolatków, których losy skrzyżowały się na symbolicznej polskiej prowincji w 1943 roku. Guido stacjonuje jako z przymusu wcielony do wojska żołnierz żandarmerii. Romek pracuje jako pomocnik maszynisty. Guido wbrew rozkazom flirtuje z córką bogatego, polskiego gospodarza, a Romek zaprzyjaźnia się z Bunią – Żydówką, ukrywającą się w lesie. Ani Romek, ani Giudo nie chcieliby walczyć, za to woleliby pozostać w świecie swoich nastoletnich marzeń i muzyki, ale rzeczywistość jest o wiele bardziej okrutna. „Letnie przesilenie” –  jak podkreśla Michał Rogalski – to film o ludziach, nie o Polakach, Niemcach i Żydach.
A Lubuskie Lato Filmowe to festiwal dla zwykłych ludzi, którzy chcieliby w malowniczej scenerii Łagowa zobaczyć ciekawe filmy i spotkać kameralnie z ich twórcami.

Agata Lewandowski

NIE CHCEMY WOJNY – CHCEMY POKOJU

NIE CHCEMY WOJNY – CHCEMY POKOJU

„Gadające głowy”, „nie pamiętam już, jak się nazywali”, „nie skorzystaliście z możliwości filmu” – takie uwagi usłyszałam od filmowców, którzy nie zwrócili uwagi na rzecz najważniejszą: to nie jest film.

„Nie chcemy wojny – chcemy pokoju” to apel młodzieży, młodych mieszkańców Ukrainy, którzy otwarcie mówią o tym, co dzieje się na wschodzie ich państwa. O tym, co spotkało ich rówieśników na froncie. O tym, że wielu ich przyjaciół już nie wróciło do domu.

Jest to apel nietypowy, apel łączący, bo na jednym ekranie pojawiają się Ukraińcy, Żydzi, Polacy i krymscy Tatarzy. Ci ostatni mówią płynnym ukraińskim, niektórzy Ukraińcy – po rosyjsku, podobnie jak pewna Żydówka – nb. litewskiego pochodzenia. Jest to apel również o tym, że  nie ma znaczenia, jakiej jesteś narodowości czy wyznania, gdy ma się wspólne wartości, wspólne cele i dba o przyszłość jednego państwa.

Ten apel jest moją pierwszą filmową etiudą. Była to – dość rozpaczliwa – próba zareagowania na bezsilność wobec działań wojennych i licznych śmierci na wschodzie Ukrainy. 10 dni pod Iwano-Frankiwskiem (d. Stanisławowem) trwało seminarium „Arka”, którego celem jest przełamywanie stereotypów i integrowanie różnej narodowości młodzieży na Ukrainie. To był czas spędzony jak gdyby w zupełnie innym świecie, świecie roześmianym, otwartym na inność, ciekawym tradycji sąsiadów. W tym świecie nie było miejsca na przemoc, a połączył ich – nas wszystkich – wspólny ból i niezrozumienie dla decyzji politycznych.

Starałam się pokazać to, jak zróżnicowane są języki i tradycje na Ukrainie, jak wiele jest tu narodowości i wyznań i to, że młodzi ludzie – być może bardziej niż dorośli – są w stanie ze sobą rozmawiać o największych wartościach, tajemnicach wiary i obyczajach z całkowitym szacunkiem i akceptacją, bez potrzeby zmieniania czy szykanowania.

Od nich powinien się uczyć cały „dorosły”, „poważny” świat.

Zjednoczone stany filmowej polskości w świecie

Wprawdzie w tym roku nie dostaliśmy Oscara, ale za to po 66 festiwalu filmowym Berlinale możemy powiedzieć – kolejny sukces. W zeszłym roku Małgorzata Szumowska dostała Srebrnego Niedźwiedzia za reżyserię filmu Body/Ciało, a w tym roku otrzymał go młody polski reżyser – Tomasz Wasilewski, za scenariusz filmu Zjednoczone stany miłości. To ciekawe, że Wasilewski, urodzony w 1980 roku i mający za sobą zaledwie dwa filmy pełnometrażowe – Płynące wieżowce i W sypialni, tak szybko zakwalifikował się do najlepszych reżyserów kina europejskiego.

Wasilewski przyznaje, że już od czasów liceum marzył o kinie. Za pierwszym razem nie dostał się do łódzkiej Filmówki i dlatego poszedł na reżyserię do Akademii Filmu i Telewizji w Warszawie. Jednak potem wrócił do Łodzi, gdzie skończył wydział produkcji filmowej. W 2004 roku wyjechał do Nowego Jorku, ale okazało się, że nie nadaje się na emigrację. Od 2007 pisze scenariusze do serialu Barwy szczęścia. Był asystentem Małgorzaty Szumowskiej przy realizacji jej filmu 33 sceny z życia. Polski zdobywca tegorocznego Srebrnego Niedźwiedzia szczerze mówi, że dotychczas pisał scenariusze „tylko po to, aby robić filmy”.

Kiedy myśli o kobietach, to ma w głowie przede wszystkim swoją matkę. Uważa, że koniec komunizmu więcej znaczył jako rewolucja społeczna dla kobiet niż dla mężczyzn. I dlatego zrobił film o tym, jaki wpływ miała rewolucja ustrojowa 1990 roku na cztery kobiety w rożnym wieku, mieszkające w blokowisku małego polskiego miasta. Młoda matka Agata (Julia Kijowska) rozpoczyna pozamałżeński romans, Iza (Magdalena Cielecka) – dyrektorka szkoły, sypia z ojcem swojej uczennicy. a nauczycielka Renata (Dorota Kołak) – fascynuje się piękną sąsiadką Marzeną (Marta Nieradkiewicz) – prowincjonalną królową piękności, której mąż pracuje w RFN. U progu tworzącego się kapitalizmu wszystkie te kobiety dążą do swojego uczuciowego spełnienia.

Dlaczego właśnie Wasilewski został zauważony przez międzynarodowe jury na Berlinale? Może dlatego, że pokazał zagubienie ludzi w świecie, które towarzyszy nam teraz ciągle; może dlatego, że w swoich filmach rezygnuje ze słowa na rzecz obrazu; może dlatego, że Zjednoczone stany miłości to uniwersalny film o kobiecej desperacji. Warto go zobaczyć, szczególnie mieszkając za granicą, żeby wrócić do czasów, z których się wyjechało.

Ale aby szybko przypomnieć sobie otaczającej nas dziś rzeczywistości, dobrze obejrzeć film, który otrzymał główną nagrodę na 66 Festiwalu Filmowym Berlinale – Fire at Sea w reżyserii Gianfranco Rosiego. Wygrana ta była do przewidzenia, ponieważ Berlinale to mocno zaangażowany politycznie i społecznie festiwal, a zdobywca Złotego Niedziwiedzia to opowieść o imigrantach z Afryki, zatrzymujących się na wyspie Lampedusa. Mityczna Lampedusa jest od wielu lat motywem filmowym jako symboliczna brama do Europy. Gianfranco Rosi pokazał dwa krzyżujące się tam światy. Losy afrykańskich uchodźców skonfrontował z życiem włoskiej rodziny rybaków zamieszkałych na wyspie. A wszystko pokazane zostało na tle morza, które jednych żywi, a innych zabija.

Oglądając zaledwie kilka filmów z tegorocznego festiwalu Berlinale można było poczuć się trochę jak na Bliskim Wschodzie i chociaż częściowo zrozumieć uciekających stamtąd ludzi. Film Houses without doors Avo Kaprealiana to historia bezsilności w stosunku do zbliżającej się do wojny, opowiedziana poprzez ujęcia, realizowane z balkonu mieszkania w jednej z dzielnic syryjskiego Aleppo. W inscenizowanym dokumencie In the last days of the City egipski reżyser Tamer El Said próbuje zrozumieć Kair – swoje rodzinne miasto, zmieniające się w przerażający dla niego sposób w przededniu rewolucji religijnej. W La route d’Istanbul belgijski reżyser Rachid Bouchareb przedstawia zmagania matki gotowej do przedostania się do objętej wojną Syrii, aby ratować swoją córkę, która przez facebook wstąpiła do ISI.

Nawet wśród twórców tych arabskich produkcji filmowych często pojawiają się polskie nazwiska. Jedno jest pewne – polscy filmowcy coraz bardziej liczą się w świecie. Do tej pory mianem wyjątkowych cieszyli się polscy operatorzy w Hollywood – tacy, jak Janusz Kamiński, Sławomir Idziak, Piotr i Witold Sobocińscy, Paweł Edelman czy Edward Kłosiński. Do starszej generacji światowych reżyserów o polskich korzeniach zalicza się Polańskiego, Holland i Kieślowskiego. Dzięki zeszłorocznemu Oscarowi Pawła Pawlikowskiego i Srebrnemu Niedźwiedziowi Małgorzaty Szumowskiej oraz tegorocznej nagrodzie za scenariusz na Berlinale dla Tomasza Wasilewskiego – młoda generacja polskich reżyserów wysuwa się na coraz wyższą pozycję międzynarodową.

Na koniec konferencji prasowej po rozdaniu nagród na tegorocznym Berlinale Tomasz Wasilewski powiedział: „Mam nadzieję, że oczy świata, przemysłu filmowego i dziennikarzy, a także widzów skierują się teraz na Polskę. Mamy fantastycznych filmowców, utalentowanych reżyserów, którzy robią dobre filmy; to jest moment Polski, oglądajcie polskie filmy!”

Agata Lewandowski (Berlin)

Ale BERLINALE!

66 Festiwal Filmowy Berlinale, 11-22.02.2016

Już po raz 66. w czwartek, 11 lutego, rozpoczął się w Berlinie jeden z najbardziej zaangażowanych społecznie i politycznie festiwali filmowych na świecie – Berlinale. I chociaż niektórzy uważają liczbę 66 za nie zbyt optymistyczną, dyrektor Berlinale Dieter Kosslick nie zwraca na to zupełnie uwagi, podkreślając wszędzie, że tegorocznym mottem festiwalu jest – Prawo do szczęścia. Oczywiście chodzi tu o symboliczne prawo do szczęścia każdego człowieka na ziemi, a szczególnie tych, których życie jest w bezpośrednim zagrożeniu, czyli uchodźców. Kontynuając to przesłanie, niemiecka minister Monika Guetters nazwała w trakcie ceremonii otwarcia kino „wyspą człowieczeństwa”.

Okazuje się jednak, że to prawo do szczęścia nie jest zbyt tanie, ponieważ koszty festiwalu wynoszą 23 miliony euro. Na czele jury 66 Berlinale stanęła po raz pierwszy w roli przewodniczącej trzykrotna zdobywczymi Oscara – Meryl Streep, która na prowokujące pytanie niemieckiego dziennikarza: „Dlaczego nie ma żadnego Murzyna wśród oceniających filmy? – odpowiedziała – Wszyscy jesteśmy istotami ludzkimi, wszyscy jesteśmy berlińczykami, wszyscy jesteśmy Afrykaninami”.

Do tego okazało się, wśród 7-osobowego jury przeważają kobiety, a jedną z nich jest Małgorzata Szumowska – zeszłoroczna laureatka Berlińskiego Niedźwiedzia za reżyserię filmu Body. Szumowska od wielu lat współpracuje i współprodukuje swoje filmy z niemiecką firmą „Pandora Film”, z którą zrealizowała Ono i 33 sceny z życia, prezentowane wcześniej na Berlinale. Chociaż dyrektor Kosslick podkreśla, że Berlinale było, jest i będzie przede wszystkim platformą porozumienia między kulturami, to tegorocznym filmem otwarcia była wyreżyserowana przez braci Joela i Ethana Coen komedia Hail, Cesar – z Georgem Clooney w roli uprowadzonego podczas zdjęć przez porywaczy idola Hollywoodu z czasów lat 50-tych.

Do finału konkursu 66 Berlinale zakwalifikował się polski film – Zjednoczone stany miłości w reżyserii Tomasza Wasilewskiego, który na podstawie czterech historii kobiet, żyjących w małym prowincjonalnym polskim miasteczku na początku lat 90., zwrócił uwagę na to, jak zewnętrzne przemiany społeczne odkrywają w nas nowe przestrzenie emocjonalne.

W ramach „Panoramy” berlińska publiczność obejrzy koprodukcje czesko-polsko-słowacką Ja, Olga Hepnarova w reżyserii Tomasa Weinreba i Petra Kazda z Michaliną Olszańską w roli tytułowej, jako ostatniej oficjalnie powieszonej w Czechosłowacji zabójczyni. Również w ramach „Panoramy pokazana zostanie niemiecka produkcja w reżyserii urodzonego w Warszawie Piotra J. Lewandowskiego – Jonathan. Piotr J. Lewandowski jest polskim filmowcem, który osiąga sukcesy w niemieckiej kinematografii. Jest współtwórcą serialu Goetter wie wir, nagrodzonego najwyższą niemiecką nagrodą filmową oraz zdobywcą filmowej nagrody landu Hessji za scenariusz właśnie pokazywanego na Berlinale filmu Jonathan, opowiadającego historię trudnej relacji ojca chorego na raka i syna, której przyczyny wyjaśniają dotąd głęboko skrywane tajemnice rodzinne.

Polskie nazwiska pojawiają się jeszcze w wielu zagranicznych filmach, w tym w dwóch pochodzących z Kanady – konkursowym Borys bez Beatrice w reżyserii Denisa Cote, którego główny bohater to Malinowsky oraz How Havy ist tis hammer w reżyserii Kazika Radwanskiego, urodzonego w Toronto. W ramach Berlinale Specials pokazany zostanie film dokumentalny o brytyjskim pisarzu, malarzu i krytyku sztuki – Johnie Bergerze, który w swojej francuskiej rezydencji chętnie przyjmuje ciekawych gości i prowadzi z nimi rozmowy, będące czasem wymianą słów, a czasem – tylko wymianą myśli. Jednym z współreżyserów tego oryginalnego dokumentu obok Tilde Swinton jest Bartek Dziadosz – twórca wielokrotnie nagradzanego filmu The trouble with being human this days.

Polscy filmowcy doceniani są na całym świecie. W profesjonalnych kręgach filmowych mówi się, że Polacy mają to coś wyjątkowego, co jest niezbędne do robienia filmów. Dobrze, że specjaliści od promocji Polski zauważają potrzebę promocji naszego kraju za granicą i w rozdawanych programach Berlinale zamieścili całostronicowe reklamy Wrocławia jako tegorocznej stolicy kultury. Ale zanim pojedziemy do stolicy Dolnego Śląska, mamy możliwości obejrzeć podczas nadchodzącego tygodnia Berlinale ponad 400 filmów, uczestniczyć w spotkaniach z ich twórcami, którzy przyjechali do stolicy Niemiec z prawie 100 krajów świata.

Trzeba tylko trochę uważać, żeby nie natknąć się na wysiadającego z metra albo spacerującego po Berlinie sympatycznego niedźwiedzia brunatnego, który jest motywem przewodnim 66. festiwalu filmowego.

Agata Lewandowski